Waluty
Poród kotki co robić 1
hodowla kotów rasy Ragdoll

Już troszkę odpoczęliśmy i uspokoiliśmy emocje związane z przyjściem na świat kolejnego miotu. Malutkiego miotu,  bo urodziły się tylko dwa kociątka, na szczęście całe i zdrowe.

Historia z ciążą naszej Lucynki była, że tak napiszę dość zawiła. W pewnym momencie sądziliśmy, że być może nie jest jej dane zostać matką. Jednak przeprowadzone badania nie wykazywały, żadnych anomalii. Trafiliśmy do kolejnego lekarza weterynarii, który zasugerował, że może partner kitce nie odpowiada tzn. geny kotki i kocura nie współgrają stąd brak ciąży. I wiecie co? Po kolejnej próbie krycia,  zasugerowanej przez lekarza zaskoczyło, Lucynka była w ciążę.

Rzecz jasna, mając z tyłu głowy słowa Pana doktora, ciąża była prowadzona z podwójną ostrożnością. Przy pierwszym badaniu, USG wykazało pięć zarodków, czyli szansa na pięć maluszków,  jednakże już przy kolejnym okazało się, że prawidłowo rozwijają się tylko dwa.

W tym momencie  przyszły obawy o narodziny zdrowych kociaków, choć lekarz wspomniał, że gdyby płody były uszkodzone to najprawdopodobniej już na tym etapie przestałyby się rozwijać. Szczęśliwie po 63 dniach ciąży przywitaliśmy na świecie dwa piękne i zdrowe kociątka.

W chwilach narodzin najbardziej  niesamowita  jest bezgraniczna ufność jaką obdarzają mnie rodzące kotki. Ktoś kiedyś powiedział, że kotka potrzebuje ciszy i samotności, żeby wydać na świat potomstwo. Zgodzę się z ciszą ale z samotnością już nie. Moje kotki potrzebują mnie w tym momencie i doskonale potrafią to zakomunikować.

Pamiętam jak siedziałam w salonie na sofie i obok  usiadła Molly. Zauważyłam ,że zaczęła się akcja porodowa.  Pomimo wcześniej przygotowanej w sypialni porodówki,  ona przyszła do mnie. Myślę sobie, że skoro wybrała na miejsce porodu sofę w salonie no cóż…, nic innego mi nie pozostaje jak przynieść prześcieradła i cały porodowy osprzęt i odbierać poród w tym miejscu. Po chwili jednak kotka się podniosła i ruszyła w stronę sypialni. Zatrzymała się przy drzwiach, spojrzała na mnie siedzącą na sofie i zaczęła nawoływać. Wstałam, Molly poprowadziła mnie do porodówki, położyła się w niej, ja usiadam obok i w ciągu kilku sekund na świat przyszło pierwsze kociątko. Molly bez najmniejszej obawy, jakiegokolwiek oporu pozwoliła mi chwycić malucha w dłonie i  oczyścić z błon i śluzu.  

Do tej pory w naszej hodowli powitaliśmy kociątka z pięciu miotów. Ja odebrałam cztery i uwaga… mój mąż i to samodzielnie, przyjął na świat pierwsze „ragagangowe” maluchy.

Historia narodzin pierwszego miotu jest niestandardowa.

Do rozwiązania zostało jeszcze kilka dni, w tym czasie dostaje informację o śmierci w rodzinie. Pakuje się i zostawiam Łukasza z ciężarną kotką mając z tyłu głowy, że poród dopiero odbędzie się za jakieś 3 dni, myślę sobie, że do tego czasu to ja już będę z powrotem.

Wieczorem tego samego dnia w którym wyjechałam, po ceremonii pogrzebowej,  dzwoni Łukasz i mówi bardzo poważnym głosem: „zaczęło się…”

Pytam: co się zaczęło?

Łukasz: „Molly zaczęła rodzić…”

Ja: Nie możliwe. Przecież to za wcześniej. Przestań sobie ze mnie jaja robić…

Łukasz: „Nie żartuje ona naprawdę rodzi. Kiedy wracasz?”

Ja: Nie denerwuj się zachowaj zimną krew i nie panikuj. Jak dobrze wiesz wracam jutro, musisz sobie poradzić…

Łukasz: „Co mam robić?”

Ja: Dzwoń do doktor Justyny

Zanim wyjechałam zorganizowałam wizytę Pani doktor, właśnie na wypadek porodu podczas mojej nieobecności. I jak to zazwyczaj bywa, los gra nam na nosie  i Pani doktor akurat w tym momencie  nie może przyjść bo jest sama z dójka małych dzieci a mąż wraca za jakieś dwie godziny…

No cóż Łukasz nie ma innego wyjścia jak odebrać poród samodzielnie…

Instruuje go telefonicznie co ma robić:

Idź po pomarańczowe nożyczki. Wyparz je w gorącej wodzie a teraz odetnij pępowinę…

Łukasz: „ Coooo? I tu pojawia się bardzo niecenzuralne słowo na literę k”

Mówię: musisz odciąć pępowinę…

Łukasz: „Ale Karola one tak ruszają nóżkami…Boje się, że im te nóżki odetnę…”

O Chryste Panie, w tym momencie krew w żyłach mi zmroziło i to ja zaczynam wpadać w panikę. Myślę sobie stara, weź się w garść bo dwie panikujące głowy nic tu nie pomogą, wręcz przeciwnie.

W słuchawce słyszę: „Udało się. Pępowina odcięta”

Uff, czyli i kocięta całe…

Wydawałoby się, że najgorsze już za nami. Teraz tylko trzeba przystawić maluszki do sutków i będzie ok. Tylko, że maluszki nie za bardzo radzą sobie z odnalezieniem sutka i z zassaniem go. Kociątka zaczynają krzyczeć. Molly zaczyna panikować. Patrzy się na Łukasza a ten z jej wzroku wyczytuje: „I co teraz?  co dalej…?” A on sam przecież nie wie co ma robić w takiej sytuacji.

Poprosiłam go, żeby przygotował w butelce mleko dla kociaków. Niestety maluchy nie potrafiły z niej pić. Po godzinie 23:00 z odsieczą przyszła doktor Justyna. Pomogła w przystawianiu maluchów. Kryzys zażegnany.

Następnego dnia wróciłam do domu. W drzwiach ujrzałam bladego męża z buteleczką mleka. Na powitanie przytulił mnie tak mocno, że poczułam ściskające się żebra i powiedział: „ Jak dobrze, że już jesteś. Nigdy więcej nie zostawiaj mnie samego z ciężarną kotką bo drugi raz czegoś takiego nie przeżyje…”

Pomimo tego, że fizycznie nie uczestniczyłam w tej akcji porodowej to przyznaje, że był to dla mnie, jak do te pory najtrudniejszy poród.  

Po kilku dniach od tej sytuacji wiedziałam, że  Łukasz doszedł już do siebie.

Wraca z pracy, idzie do łazienki umyć ręce, krzyczy do mnie z korytarza „Idę się odstresować…” Myślę sobie, ale o co chodzi? Otwieram drzwi sypialni i widzę mojego męża siedzącego obok porodówki z kociątkami, wpatrującego się w te małe cuda…

Komentarze do wpisu (1)

14 maja 2019

Cudny opis. Bardzo kochacie swoje kociak. Super.. Ściskamy z Nelką

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl