Waluty
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie koty... 0
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie koty...

Jeśli masz za mało zmartwień, zbyt wiele czasu i za dużo pieniędzy? Mam na to radę: zacznij hodować koty.

Nieco przekornie ale tak w kilku słowach mogłabym opisać mój  niedawny stan.

Raz na jakiś czas mam ochotę wysterylizować i wykastrować wszystkie moje hodowlane koty. Zdarza się to w momentach zwątpienia, strachu o życie i zdrowie moich kotów.

Ostatnia sytuacja, która nas spotkała znowu przywołała myśl o zamknięciu hodowli.

Już Wam piszę co się wydarzyło.

Na samym początku nadmienię, że jestem spaczona na punkcie czystej podłogi. Nie wiem o co chodzi po prostu tak mam, lubię czystą podłogę (każdy ma swoje natręctwa 😉).

Kiedy odchowuję maluchy jestem w stanie odkurzać i przecierać podłogę kilka razy dziennie. Chcę mieć pewność, że kociątka nie znajdą nic atrakcyjnego do połknięcia.

Wracając do zdarzenia z dnia 03.08.2019 (sobota).

Wracam z pracy. Nic złego się nie dzieje. Jemy pyszną kolację, którą przygotował Łukaszek, bo to fajny facet jest. Oglądamy jakiś tam film i kładziemy się do łóżka  (rano muszę wcześnie wstać- praca wzywa…).

W nocy budzą mnie odgłosy wymiotującego kota. Wstaję na równe nogi, sprawdzić, które to futro a to mała Effie. Sprzątając po niej  widzę treść żołądkową wraz z zieloną trawką. Myślę sobie skąd ta zielona trawka?  W domu nie mam nawet roślinki, która choć trochę przypominałaby trawkę. Przyglądam się bliżej ów trawce a tu trawka okazała się nitką… Wmawiając sobie, że wszystko będzie ok bo mała zwymiotowała tę piekielną nitkę, nieco wystraszona wróciłam do łóżka.

Poranek.

Pierwsze co to lecę zobaczyć jak się ma malutka. Póki co ok. Podaję jej jedzenie a ona nie zainteresowana i tu już myśli się piętrzą. Mówię sobie nie panikuj, poczekaj do jutra, powinno jej przejść… Przy śniadaniu włącza mi się tryb śledczy. Gdzie ona wynalazła tę nitkę? Jak do tego mogło dojść? Opowiadam Łukaszowi co się wydarzyło. On też nie może odnaleźć źródła zielonej nitki aż tu nagle słyszę…

„ Wiem skąd ta nitka… Z mojej koszulki treningowej, którą zdjąłem i zostawiłem na dwie minut na podłodze w łazience…”

Małej Effie wystarczył ułamek sekundy, żeby wypruć sobie z koszulki nitkę i ją połknąć.

W poniedziałek rano wylądowałam z nią w lecznicy. USG, RTG nie wykazały zniekształceń organów wewnętrznych spowodowanych owiniętą nitką, ale w brzuszku zalega treść pokarmowa, brak ruchów robaczkowych jelita. Postanowiliśmy zostawić Effie na cały dzień w lecznicy na obserwacji, lekach i kroplówce.

Wieczorem jadę po malutką. Panie weterynarz oddają mi ją do domu mówiąc, że w sumie szału nie ma, treść pokarmowa nadal zalega ale jej stan jest na tyle dobry, że może wracać do domu.  Słyszę od Pani doktor, że jak do wtorku się jej nie poprawi konieczna będzie operacja.

 Na słowo operacja łzy napływają mi do oczu. Biorę szybko kota pod pachę, żeby nikt nie widział, że taki mięczak ze mnie. No ale nie udało się, ludzie w poczekalni widzą. Odprowadzają mnie wzrokiem do auta, ja zakładam ciemne okulary i ruszam z malutką do domu. W drodze udało mi się uspokoić emocję mówiąc do siebie: Co ty ryczysz, kot przecież żyje… Weź się w garść bo jak cię mąż zobaczy taką zaryczaną to zaraz sam wpadnie w panikę. Musisz zachować zimną krew…

Jestem na parkingu pod domem. Łzy otarte. Wchodzę z kotem pod pachą, ja twardzielka, ta która zazwyczaj działa a nie lamentuje i nie  zalewa się łzami.

Łukasz pyta co z malutką a ja rzeczowo bez większych emocji odpowiadam: Szału nie ma ale ją wyprowadzą. W najgorszym wypadku będziemy ją operować…

Udało mi się oszukać męża, że sprawa nie jest, aż tak poważna.

Kolejny dzień.

Mała od powrotu z lecznicy nic samodzielnie nie zjadała tylko pije mleko od matki oraz to co podam jej ze strzykawki. Rano ponowna wizyta u weterynarza.  Kolejne badanie RTG. Obraz jest już nieco lepszy choć nadal nie satysfakcjonujący. Dostała kolejną porcję leków. Wracamy do domu. Postanowiłam, że zamiast zupki ze strzykawki podam jej puszkę, którą do czasu choroby chętnie wcinała. Podeszła, coś tam skubnęła i po kilku godzinach znowu zwymiotowała. Dzwonie do lecznicy z pytaniem co mam robić? Moje Panie weterynarz pomimo zbliżającej się godziny zamknięcia gabinetu, proponują wizytę w celu podania jeszcze jednego środka rozkurczowego oraz nawodnienia.

Kociątko po powrocie z lecznicy  nagle ozdrowiało. Ani śladu złego samopoczucia.  Bawi się z baratem, skacze po łóżku, odstawia fikołki, biega jak nakręcona.

Oboje z Łukaszem spoglądamy na siebie z niedowierzaniem co ta mała wyprawia skąd w niej nagle tyle energii, na co Łukasz mówi:

„ Oszukała nas…nic jej nie jest. Zostaliśmy zmanipulowani przez małego kotka…”

Od tego wieczoru z dnia na dzień stan zdrowia małej się polepszał. Odzyskała apetyt i dawną energię. My odetchnęliśmy z ulgą i myśl o  zamknięciu hodowli gdzieś odpłynęła…   

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl